Czy nudna Bundesliga zabiła Bayern?

Czy nudna Bundesliga zabiła Bayern?

Z zapartym tchem od kilku tygodni podziwiam pasjonujący finisz dwóch najpotężniejszych lig Europy. Angielscy i Hiszpańscy mocarze szarpią się regularnie co weekend, czasem dwa razy w tygodniu walcząc o krajowy prymat. Rozgrywają pasjonujące „mecze sezonu” z częstotliwością każdej kolejki, a siła i poziom ligowych rywali pozwalają w każdej chwili zastopować krajowego potentata w pewnym marszu o kolejne 3 punkty.

Bundesliga rumieńców nie dostarcza, Bayern spodziewanie dla wszystkich rozparł się na mistrzowskim tronie już 7 kolejek przed końcem rozgrywek. Drugą Borussię zdeklasował o przepaść kilkunastu punktów, pogromców w kraju nie spotykał. Dlatego Guardiola szykując się do półfinałów z Realem rotował składem jak szalony, pozwalał odpoczywać czołowym postaciom zespołu. Ligowe boje toczyły już tylko z obowiązku, a Monachijczycy grali słabiej, gubili rytm, nie mieli motywacji.

W lidze sensacyjnie zremisowali z Hoffenheim, przegrali z Augsburgiem, dostali potężne lanie od Borussii. W Lidze Mistrzów męczyli się z Manchesterem, z Manchesterem, który gra najgorzej od lat i właśnie postanowił zwolnić Moyesa nie czekając nawet na koniec sezonu. Anglicy zamiast pokornie czekać na najniższy dostępny wymiar kary, potrafili siać chaos w wcześniej piekielnie solidnej defensywie Bawarczyków. W dwumeczu rozstrzygniętym przez fanów i media zaraz po losowaniu sensacja wisiała w powietrzu, a Bayern wykrzesał z siebie raptem 20 minut gry przyzwoitej, mając dopiero nóż na gardle.

W międzyczasie Real przeżywał zgoła inne problemy, w lidze po raz kolejny nie sprostał Barcelonie, upragnione mistrzostwo stało na wyciągnięcie madryckich rąk. Tylko nie tych bogatych arystokratycznych, a brudnych i spracowanych, bo o to rywal zza miedzy podniósł groźnie łeb rozbijając dominujący od lat duopol.  Królewscy musieli walczyć na każdym froncie, nie było meczy mniej ważnych i łatwiejszych, w ćwierćfinałowym rewanżu Ligi Mistrzów Borussia przypomniała podopiecznym Ancelottiego, jak piekielnie niewygodna jest dla ich wizji footballu niemiecka ziemia.

W finale Pucharu Króla Real  grał ponownie z Barceloną wiedząc, że walczą o być może jedyne trofeum w bieżącym sezonie, każdy ligowy pojedynek był meczem o wszystko. Lidera od trzeciego miejsca dzieliła momentami różnica jedynie 3 punktów i na potknięcia czy rotacje składem nie było już czasu.

Do półfinałowej konfrontacji oba kluby przystępowały z diametralnie innej pozycji, Bayern był zrelaksowany pewny siebie, wypoczęty, Real uwijał się jak w ukropie. Królewscy w kwietniu rozegrali aż 8 spotkań, przegrali tylko raz w Dortmundzie, strzelili 22 bramki tracąc raptem 3. W półfinałowym dwumeczu podopieczni Guardioli zamarli, stracili werwę, dynamikę, kopali piłkę długimi minutami jak zawsze, przegrywali jak nigdy.

Współczesny football to wojna w formacie o wiele szerszym niż trwające 90 minut starcie, każdy mecz jest konsekwencją poprzedniego, konsekwencją przedmeczowej mobilizacji i wypadową rytmu, w którym obecnie znajduje się zespół. Lokalna potęga Bayernu wypaliła jego rytm, zaangażowanie, wypchnęła na mieliznę, w której zrelaksowany dryfował bez celu, a gdy ten cel nadszedł zabrakło rytmu meczowego. Real w dwumeczu był lepszy ale nie koniecznie piłkarsko, Królewscy stali się w końcówce sezonu idealnie pracującą maszyną, zmuszoną realiami do demolowania rywali w każdej potyczce, zahartowali się w bojach i zmobilizowali do pracy na 100%. Wyeksploatowali z siebie ostatnie, głęboko nagromadzone siły i z wyczekiwanie oczekują końca tego szalonego maratonu.

Zostaw odpowiedź


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook