Koneser malarstwa, bard, prześmiewca ludzkich przywar, baczny obserwator świata, piewca polskiej historii. Po prostu Jacek Kaczmarski…

Koneser malarstwa, bard, prześmiewca ludzkich przywar, baczny obserwator świata, piewca polskiej historii. Po prostu Jacek Kaczmarski…

W jego muzyce kocham się od lat, zmieniając niedawno telefon po raz kolejny kopiowałem do niego ponad 4GB jego twórczości. Słuchane w kółko nie nudzą się nigdy, nie nudzą się bo ich liczba jest olbrzymia. Kaczmarski stworzył blisko 800 utworów, nie współpracował z armią ludzi, jego koncertom i nagraniom nie towarzyszyły tuziny dźwiękowców, chórki. Najczęściej śpiewał sam, towarzyszyła mu jedynie nieodzowna gitara. Jego dzieła nie opiewały jedynie banalnych problemów miłości, pieniędzy, sexu czy wdzychania do kobiet. Zamiast tego cenił wzloty i porażki polskiej historii, pozytywnym słowem wspierał rodaków w okresie komunizmu. Swoimi pieśniami prowadził nas przez okres transformacji, wytykał błędy, pokazywał porażki i zaniechania, nie skupiał się na kuksańcach w elity rządzące. Równo obrywali od niego wszyscy, nie odpuszczał duchowieństwu, w czasach kapitalizmu wytykał Polakom zapomnień haseł solidarności, gdy było trzeba uderzał także w polityków.

Kaczmarskiego cenię za ambicję, słuchając jego dzieł nie będę tańczył, mogę za to myśleć. Jeśli nucę je pod nosem to z refleksją, zadumą i szacunkiem, niemal za każdym razem mogę odkrywać w nich coś nowego, doszukiwać się już nie drugiego a trzeciego czy czwartego dna. Nigdy nie śpiewał wprost, od swojego słuchacza oczekiwał inteligencji, nie błyszczał na plakatach, nie świecił biżuterią i drogimi samochodami, zamiast tego magnetyzował inteligencją. Spotkania z jego twórczością to swoiste wyzywanie intelektualne, to magnetyzm błyskotliwości, ukrytej ironii ale też olbrzymia siła wsparcia i otuchy dla narodu.

Pisząc o Kaczmarskim, o jego wsparciu dla Polaków nie można nie wspomnieć o piosence „Mury”. To ona stała się hymnem Solidarności, pieśnią przewodnią tworzącego się i prężnie rozwijającego ruchu. Zrozumiana źle i błędnie, interpretowana wbrew idei autora, stała się symbolem ludu, pokazując siłę i skomplikowanie jego twórczości, bo w jego muzyce każdy znajdzie coś dla siebie.

Podnosił ducha przypominając czasy wielkie, śpiewał o polskiej Sarmacji, dumie narodowej, wspominały czasy wielkie, czasy gdy jako naród potrafiliśmy się zjednoczyć w walce z wrogiem. Nawet wtedy potrafił jednak wbić szpilę w zdrajców, w farbowane lisy i przypomnieć, że mimo przeszkód pojawiali się liderzy, którzy potrafili walczyć i ratować ojczyznę.


Zagrzewał do walki tworząc „Obławę” i jej kolejne części, w których apelował o walkę, dopisując jej kolejne części kładł nacisk na nowe problemy, na wypaczenie niegdyś wspólnej idei, nie przestając zachęcać do walki.

W okresie transformacji nie oszczędzał Solidarności, stworzył z niej piękną damę na wydaniu, która z każdym z kandydatów nie umie się dogadać. Kręci nosem, wybrzydza, zmienia poglądy, kłóci się i zamiast wybierać w kwiecie kandydatów staje się starą panną, która w dodatku nie przekuwa swoich zalet w atuty, a wręcz przeciwnie, oddaje pole starym wrogom.

Dawnym przyjaciołom, liderom społecznego ruchu potrafił wytknąć błędy, odejście od głoszonych ideałów, skupienie się na dążeniu do własnego dobra i komfortu. Wskazywał na powstawanie niebezpiecznych układów, narzekał na zbyt silne zbliżenie kościoła do państwa. Nie zgadzał się z podejściem Kościoła, który zamiast jak w czasach komunizmu wspierać i łączyć lud w nowych realiach. Jednocześnie zachęcając dawnych bohaterów i liderów, by znów potrafili się zjednoczyć w imię dawnej młodzieńczej zapalczywości i przyjaźni.

Był bacznym obserwatorem świata, zarówno tego naszego lokalnego, jak i tego szerokiego po prostu całego. Potrafił plastycznie i humorystycznie wskazywać przywary ogólnoświatowego społeczeństwa, które z rzeczy błahych czyni problemy olbrzymie, kończące się wojną i wieloletnią nienawiścią.

Jak niewielu widział wady i przywary społeczeństwa, potrafił dostrzegać także własne błędy, wytykał swoje niedoskonałości. Rozliczał się z dziećmi, z byłymi żonami, rozliczał się z bohaterami swoich dzieł – politykami, wspominał przyjaciół, artystów z którymi tworzył niezapomniane duety.

Odszedł zdecydowanie za wcześniej, walki te społeczne prowadził przez całe życie, przegrał tą jedną, najważniejszą z nowotworem. Tracąc Kaczmarskiego straciliśmy pomnik, symbol, ikonę pokolenia moich rodziców, straciliśmy przewodnika, który mógł teraz moje pokolenie prowadzić przez kolejne lata. Z jego twórczością spędziłem ostatnią dekadę, słuchając jego dzieł mimo upływających lat ciągle doznaję trudnego dysonansu. Wśród przyjaciół i rówieśników czuję się sentymentalny i stary, zakochany w jakiejś nieistniejącej, odległej czasoprzestrzeni, jednocześnie ciągle czegoś nie wiem, nie umiem, nie rozumiem i czuję się gówniarzem wyrosłym w nowych wygodnych i pod pewnymi względami łatwiejszych czasach.

Zostaw odpowiedź


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook