Manchester tanio skóry nie sprzeda.

Manchester tanio skóry nie sprzeda.

Po wręcz cesarskim panowaniu sir Alexa Ferguson, pierwszy sezon pracy Davida Moyesa na Old Trafford to okres brukania wielkiej marki. Niegdyś mocarstwo potężne, samą nazwą wywołujące strach i jeżące włosy rywali od Hiszpanii po wschodnie rubieże starego kontynentu. Do wczorajszego wieczoru częściej wywoływało uśmiech politowania niż paraliżowało strachem.

Nad Czerwonymi Diabłami starałem się nie znęcać w ogóle, zatem milczałem cierpliwie znosząc co weekendowe obgryzanie paznokci w obawie przed kolejną kompromitacją. W Lidze Mistrzów wcale lepiej nie było, po pierwszym meczu z przeciętnym Olympiakosem wypadało spakować Mistrzów Anglii i wysłać do domu. Tylko cud miał ocalić podopiecznych Moyesa przed żenującą klęską z Bawarczykami, tego losowania w ćwierćfinale Champions League Bayernowi zazdrościli chyba wszyscy pozostali rywale.

Old Trafford stało się tej wiosny wymarzonym celem na ćwierćfinałową eskapadę, teraz ten łatwy kąsek, odbija się podopiecznym Guardioli w gardle. Moyes wyjątkowo pilnie odrobił zadaną pracę domową, nie zaryzykował szaleńczej wymiany ciosów, nie łamał i nie próbował dominować drugiej linii mistrza Niemiec. Zamiast tego zaprosił Bawarczyków do ich ulubionego tańca, rozrzucił po całej murawie ulubione zabawki piłkarzy Bayernu. Na końcu stawiając zasieki z momentami sześciu obrońców, wspieranych przez głęboko cofniętych pomocników, z przodu na przechwyt i błyskawiczną kontrę oczekiwał Welbeck, który już w pierwszej połowie mógł sprawić wielką sensację.

Monachijczycy we wtorkowy wieczór stali się zakładnikami własnego geniuszu, grali jak zawsze, cierpieli jak nigdy, zdominowali anglików w każdej statystyce, po za jedną – strzelonymi bramkami. Wczorajszy wieczór przypomniał jeszcze jedno, w sporcie nie ma tytanów niezniszczalnych, boleśnie tego doświadczył Ryan Giggs podczas, gdy jego partnerzy rozgrywali najlepszy pojedynek od roku on sam znikł, wyparował na tle zespołu, wolniejszy, słabszy fizycznie już od kilku sezonów nie toczy pojedynków sam na sam, nie ściga się z młodszymi o dwie dekady rywalami. Teraz gra subtelniej, rozprowadza akcje, przetrzymuje piłkę, pomaga budować akcje ofensywne tylko, że to wszystko wychodzi w grze z rywali przeciętnymi. Na tle Bayernu Walijczyk znikł, wyparował jak Bilbo używający magicznego pierścienia, nie podał fizycznie wyzwaniu wielkiemu pokazując, że nawet On o zgrozo nie jest nieśmiertelny.

Monachijczycy po raz trzeci pod wodzą Guardioli, trafili na rywala potrafiącego wznieść się na najwyższy światowy poziomy. Na inaugurację obecnego sezonu nie sprostali Borussii w Superpucharze Niemiec, w fazie grupowej Ligi Mistrzów ulegli na własnym stadionie Manchesterowi City, teraz dostali bolesnego kuksańca od kulejącego Manchesteru United. Mit Bayernu doskonałego doznał właśnie kolejnej rysy na swoim obliczu. Guardiola po raz kolejny spotyka się z problemem znanym z jego pracy z Barceloną, że przy doskonale broniącym rywalu jego piłkarze nie potrafią przekuć efektowności w efektywność.

Zostaw odpowiedź


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook