Kaleki lider

Kaleki lider

Przed meczem Legia-Wisła narzekałem na kibiców obu zespołów, porównywałem sytuacje finansową klubów i generalnie o kondycji obu nie wydusiłem dobrego słowa. Po niedzielnym meczu szarpią mnie emocje jeszcze bardziej skrajne… Nie wiem czy biec na krakowski rynek i stawiać pomnik Franciszkowi Smudzie czy zamiast tego na warszawskiej starówce podpalać kukłę Henninga Berga.

Legioniści niedzielny mecz zaczęli dokładnie tak jak ligowy magnat powinien grać z lokalnym biedakiem. Radovic udowodnił, że wie jak być liderem mistrza Polski, szarpnął od początku i już w drugiej minucie spotkania zapewnił Legii prowadzenie. Chwilę później warszawianie prowadzili 2:0, a Arkadiusz Głowacki samotnie wędrował tunelem do szatni, Wisła przegrywała i kolejne bramki miały być tylko kwestią kolejnych minut. Lidera na prowadzenie wyprowadzili Ci którzy mieli robić różnicę, Ci na których Wisłę i resztę ligowców nie stać. Wisłę dobił ten który symbolizuje jej słabość i biedę czyli piłkarski emeryt, dogrywając przy Reymonta końcówkę kariery.

W niedzielę na Łazienkowskiej wszystko układało się tak jak powinno, to bogatszy był lepszy, piłkarze mający robić różnicę tą różnicę budowali, a Legia miała w drugiej połowie przypieczętować pozytywne efekty prac Duńczyka w klubie. Podopieczni Berga postanowili jednak udowodnić, że prezes Leśnodorski po za zaufaniem do kiboli popełnił jeszcze jeden błąd przesadnie inwestując w piłkarzy i trenera. Warszawiacy zamiast dobić i zdeptać Wisłę jak Real Schalke w Lidze Mistrzów zagrali jak banda żółtodziobów i amatorów.

Krakowianie po przerwie poderwali się z łopatek, wstali z ringu po nokaucie jak rasowy bokser wagi ciężkiej i zamiast pokornie przyjmować niszczące ciosy sami zaczęli je wyprowadzać. Na Łazienkowską wróciły najgorsze koszmary, mistrzowie Polski błąkali się jak dzieci we mgle, zamiast prezentować footballową dojrzałość, warszawiacy pogubili się i z osłabionym rywalem grać nie potrafili. Po raz kolejny zawiódł Rzeźniczak, w drugiej linii pogubił się Jodłowiec, zgaśli mający napędzać zespół Radovic z Dudą. Za to przebudził się przeżywający drugą młodość Stilic, Bośniak szalał na skrzydłach, rozpędzał ataki Wisły środkiem pola, błyskawicznie znalazł wspólny język z resztą zespołu i wniósł w krakowską jedenastkę jakość jakiej nie było od czasu pierwszego sezonu Maora Meliksona.

Po pierwszej połowie w wywiezienie przez Białą Gwiazdę punktu z Łazienkowskiej nie wierzył chyba nikt, po 90 minutach wynik spotkania zadziwił całą piłkarską Polskę. Cieszą mnie emocje, cieszy walka i ambicja Wiślaków ale piekielnie przeraża indolencja naszej piłki, zgrozą przepełnia mnie rozdygotana forma Legionistów. Jeszcze większą zgrozą przepełnia mnie footballowa ignorancja Berga, który przyjeżdżał do Polski wnieść w naszą ligę nową jakość. Natchnąć zespół ze stolicy do walki fenomenalnej i zaprowadzić hen daleko w europejskich pucharach, może w końcu przynieść nad Wisłę hymn Ligi Mistrzów. Po meczu z Wisłą Jan Urban może z kpiącym uśmieszkiem komentować personalne roszady prezesa Leśnodorskiego, a Duńczyka należy jak najszybciej wygnać z ekstraklasy, bo właśnie ośmieszył go trener najbardziej nad Wisłą wyszydzany, utożsamiany z największą porażką naszej piłki w ciągu ostatnich dwóch dekad.

Niedzielny klasyk mimo heroizmu Wiślaków rozczarował i to bardzo, rozczarowywać zaczął przed kilkoma tygodniami, gdy okazało się, że rozegrany zostanie przy pustych trybunach, to tak jakby Real Madryt podejmował Barcelonę jedynie przy asyście trenerów i ławek rezerwowych. Potem rozczarowywała już tylko Legia, rozczarowywał Berg, cały system zarządzania i budowania klubu legł w gruzach, polska piłka znowu pokazała, że długo jeszcze nie będzie nas zachwycać na arenie międzynarodowej.

Zostaw odpowiedź


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook