Polska myśl trenerska kona…

Polska myśl trenerska kona…

Ciężko po wczorajszym wieczorze przejść obojętnie wokół tematu naszej reprezentacji, Polacy jak zwykle zagrali byle jak, bez pomysłu. Wszechogarniający chaos wydawał się jedyną regularną cechą naszego zespołu. Obrońcy nie stanowili monolitu, pomocnicy nie potrafili grać pressingiem, nie wspomagali linii defensywnej, nie kreowali akcji pod bramką rywali. Polacy jak zawsze ostatnimi latami w piłkę nie grali, asystowali na tle wcale nie lepszych rywali, tworzyli bezbarwne tło. Oglądając po raz nie wiem który mecze naszej reprezentacji, w oczy kłuje brak pomysłu, brak organizacji, brak jakiejkolwiek idei zaszczepianej przez kolejnego szkoleniowca.

Reprezentacja złożona przed kilkoma miesiącami w ręce Adama Nawałki na papierze wydaje się dużo bogatsza niż w rzeczywistości. Chociaż pospolitym już stało się narzekanie na oblicze naszej kadry to wcale nie znaczy, że brak nam piłkarzy dobrych czy po prostu solidnych, którzy z rywalami pokroju Szkotów, Czarnogórców czy Ukraińców wygrywać powinni wygrywać lub jeśli przegrywać to po pojedynkach pełnych walki do ostatniej minuty.

Nad bramkarzami rozpisywać się nie zamierzam, bo ta pozycja nie zawodzi nas niemal nigdy, a urodzaju bogactwa zazdrościć może nam kilka piłkarskich potęg. Niech symbolem pozostanie mecz otwarcia EURO, gdy podstawowego bramkarza Arsenalu zmienił Tytoń, by z marszu i bez rozgrzewki zostać najlepszym zawodnikiem reprezentacji na tej imprezie.

Obroną rządzić i dzielić powinien Glik, który z powodzeniem robi to samo we włoskiej Serie A, stał się pierwszym z naszych rodaków, który śmiało odnajduje się wśród najlepszych defensorów świata. Z co raz większą swadą powstrzymuje ataki piłkarzy Interu, Milanu czy Juventusu, rywali z którymi chyba dzięki boskiej opatrzność Polakom mierzyć się nie przychodzi. W środku bloku obronnego asystuje mu Szukała, który w dużo silniejszej lidze rumuńskiego stał się podstawowym zawodnikiem Steaua, regularnie ogrywając się w Lidze Mistrzów. Po prawej stronie wspiera ich artysta w polskim footballu niespotykany, Łukasz Piszczek w potężnej Borussii dorobił się statusu ikony, ikony w zespole wicemistrza Niemiec. Wracając do podstawowej jedenastki po pół rocznej przerwie, po kilku spotkaniach katapultował Grosskreutza na ławkę rezerwowych i odzyskał prym na prawej flance. Największym minusem reprezentacji pozostaje w dalszym ciągu obsada lewej strony defensywy, gdzie próżno szukać nam piłkarzy choćby przeciętnych, lepiej skupić się na tych jedynie poprawnych. Abstrahując jednak od tematu lewego obrońcy, nasza defensywna nie prezentuje się wcale tragicznie, wręcz przeciwne wygląda naprawdę przyzwoicie. Tymczasem zamiast rozbijać ataki rywala tracimy bramki niemal hurtowo. Bramki strzelają nam piłkarskie żółtodzioby, które nie mają prawa siać popłochu w naszym polu karnym.

Drugą linię tworzą piłkarzy regularnie grający w dobrych europejskich ligach, Mateusz Klich w tym roku zaliczył 24 meczy w Eredivisie spędzając na boisku 2030 minut (co daje średnio 84minuty na mecz), okraszając występy 3 bramkami i aż 8 asystami. Nie gorzej wygląda bilans Grzegorza Krychowiaka, który w Stade Reims rozegrał 25 meczy, dokładając 3 bramki i jedną asystę. Jeszcze lepiej wygląda bilans Waldemara Soboty, po przejściu do belgijskiego FC Brugge Polak rozegrał 19 ligowych spotkań trzykrotnie pokonując bramkarzy rywali, również trzykrotnie kluczowym podaniem otwierając drogę do bramki przeciwników. Drugą linię we wczorajszy wieczór uzupełniał Ludovic Obraniak, który doskonale odnalazł się w niemieckim Werderze i pokazuje, że nasz reprezentant może rozgrywać mecze dobre i poprawne niemal z marszu. Zaraz po zmianie klubu wywalczając miejsce w podstawowej jedenastce, mając wpływ na kreowanie gry, budowanie większości ofensywnych zagrań nowego zespołu. W ataku pod nieobecność Roberta Lewandowskiego biegał, osamotniony Arkadiusz Milik, który pracował bardzo aktywnie, pokazywał się na pozycjach, wybiegał zza pleców obrońców, wspierał partnerów w defensywie, podań jednak doczekać się nie mógł.

Nasza reprezentacja na brak piłkarzy ogranych, doświadczonych i posiadających spore umiejętności narzekać nie może, przecież w obwodzie pozostaje jeszcze Mierzejewski, Błaszczykowski, Lewandowski, Wolski, Rybus, Borysiuk, Polański. Ewentualne dziury w obronie mogą łatać będący w formie wyśmienitej Wasilewski i Głowacki. Piłkarsko daleko nam do footballowego zaścianka, doczekaliśmy się czasów gdy cała chmara naszych rodaków biega po europejskich boiskach, kopię piłkę co raz lepiej technicznie, ucząc się od najlepszych trenerów piłkarskiego rzemiosła. Całkiem niedawno kadrę Leo Beenhakkera budowali piłkarze żyjący z zagranicznych pensji i grający w piłkę tylko podczas przerw na zgrupowania reprezentacji lub mocno przeciętni ligowcy którym wmawiano wielki talent, by podbudować morale (Zachorski).

Reprezentacja holendra, nie potrafiła konstruować misternych akcji, nie miała wielkiego ofensywnego potencjału, potrafiła doskonale bronić i piekielnie skutecznie wyprowadzać zabójcze kontry. Były szkoleniowiec Realu zamienił wady w zalety, uczynił nasze niedoskonałości, naszymi atutami, skupił się na wyciąganiu z zespołu jego cech pozytywnych i sukcesy osiągał, a na pewno nie przynosił na blamażu za blamażem.

Skoro mamy piłkarski materiał, skoro ostatnie lata wyjątkowo mocno obrodziły nam w piłkarzy co najmniej dobrych to może jednak nie kamień jest zły, a rzeźbiarz beznadziejny? Na ostatniej wielkiej imprezie dzięki boiskowej walce pojawiliśmy się w 2008 roku dzięki Leo Beenhakkerowi, po drodze wygrywając w Chorzowie 2-1 z Portugalią. W tamtym zespole Wystąpili – Kowalewski (rezerwowy w Spartaku moskwa) – Golański (23 mecze w ekstraklasie) – Radomski (15 meczy w Bundeslidze) – Bąk (Al-Ravyan Sports Club – liga katarska) – Bronowicki (21 meczy w ekstraklasie) – Błaszczykowski (23 mecze w ekstraklasie) – M. Lewandowski (18 meczy w lidze ukraińskiej) – Sobolewski (18 meczy w ekstraklasie) – Smolarek (30 meczy w Bundeslidze 9 bramek) – Rasiak (39 meczy w Championship) – Żurawski (26 meczy w lidze szkockiej).

Kadra holendra przy dzisiejszej jedenastce, która trafiła w ręce Adama Nawałki, a wcześniej Fornalika i Smudy wygląda jak szare myszki. Obserwujemy od kilku lat jak całe pokolenie piłkarzy zostaje przez PZPN skazanych na pożarcie, media do spółki z internautami obśmiewają zawodników, szydzą wszyscy i wierzą w sukcesy wszyscy. Brakuje jednak pomysłu na grę, defensywa się nie uzupełnia, nie podwaja krycia, nie uzupełnia błędów partnerów, słabo współpracuje z drugą linią. Druga linia nie pomaga obrońcą, nie potrafi kreować sytuacji bramkowych. Kolejni selekcjonerzy konsekwentnie odcinają od podań Roberta Lewandowskiego, który zasypany gradem podań perfekcyjnych potrafi w pojedynkę niszczyć nawet Real Madryt. W pół finale Ligi Mistrzów pracował na niego cały zespół, każda akcja ofensywna ściągała na pomocników mistrza Niemiec uwagę obrońców, by na końcu piłka znalazła się pod nogami Polaka, który dopełniał formalności. W naszej reprezentacji tego nie ma, nikt nie tworzy schematów akcji ofensywnych, nikt nie wpaja zawodnikom sposobu poruszania się po boisku, reagowania na zmiany ustawienia rywali. Nasi reprezentanci nie tworzą w ciągu meczu akcji podobnych, zbliżonych do siebie doszlifowując detale, oni improwizują licząc, że może wpadnie.

Polska myśl szkoleniowa umiera od wielu lat, tym razem jednak padła bez sił na ziemię i leży czekając bezsilnie aż wyda ostatnie tchnienie, a wtedy znowu zatrudnimy kolejnego obcokrajowca, który za nim zdąży zagrać choćby pół spotkania, znów zostanie opluty przez kolegów trupa. Ot taka nasza narodowa mentalność…

Zostaw odpowiedź


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook