Guardiola trener wybitny czy pasożyt doskonały?

Guardiola trener wybitny czy pasożyt doskonały?

Gdy obejmował pierwszy zespół Katalończyków był wielką niewiadomą, cudowne dzieci ze szkółki Barcelony miał poprowadzić trener wychowany w tej samej piłkarskiej religii. Edukowany wśród najlepszych teoretyków i praktyków piłkarskiej La Masi miał rozumieć swoich podopiecznych jak nikt inny, przenosić z papieru na murawę założenia taktyczne, które wpajano im przez lata do głowy.

Zespół przejął kompletny, poukładany przez Franka Rijkaarda, zaprawiony w europejskich bojach ale młody i perspektywiczny, delikatnie wymieszany z doświadczeniem i rutyną. Obronę wzmocnił w sposób fantastyczny ściągając z Manchesteru wygnanego z klubu za młodu Pique, na prawej stronie dołożył Dani Alvesa, który w Barcelonie stał się obrońcą fenomenalnym i kompletnym. Łączącym szaleńcze rajdy ofensywne z fantastyczną grą w obronie. Chwilę później do klubu sprowadził kolejnego z serii wygnanych za młodu, wyrywając z Arsenalu Fabregasa, chociaż do dziś nie wiem czy Guardiola go potrzebował, czy wyświadczył jedynie uprzejmość prasie i kadrze narodowej?

Katalończycy pod wodzą Guradioli ruszyli na podbój europejskiej piłki, będąca od kilku lat na fali wznoszącej Barcelona osiągnęła apogeum umiejętności z marszu wzięła Ligę Mistrzów, Puchar Króla i wygrała Ligę hiszpańską. Pierwsze skrzypce w zespole grali Messi, Xavi, Iniesta, obroną dyrygował Carles Puyol przyuczając do rzemiosła młodego Pique. Wielką formę odnalazł Valdes, przez lata wyśmiewane, stojący w cieniu Ikera Casillas, wyrósł na równie wielką gwiazdę ligi.

Przejęta przez Hiszpana drużyna była kompletna na każdej pozycji, prowadzenie Barcelony nie było wyzwaniem trudnym jak złożenie puzzli z niepasującymi czy brakującymi elementami. Praca w Kataloni to nie był wyścig zbrojeń i licytacja finansowych możliwości kto wyda więcej i lepiej. Guardiola skupił się na wygładzaniu detali, dopieszczał je nie jak rzemieślnik, a artysta doskonały, wykorzystał potencjał swoich piłkarzy w sposób znakomity. Wysublimował do granic możliwości wpajane przez La Masie schematy, udoskonalał i doprecyzował system doskonały, bo rzeźbił w materiale idealnym. Idealnie dopasowany i stworzonym specjalnie dla dłuta artysty.

Z podobna sytuacją spotyka się Guardiola w Monachium, tutaj również w jego ręce powierzony zostaje zespół kompletny, uzbrojony po zęby. Z kadrą pieczołowicie wyselekcjonowaną przez Juppa Heynckesa, przygotowaną jak żaden inny zespół oprócz Barcelony do gry kombinacji, wymienienia tysiąca podań przed wejście z piłką do bramki rywala. Mandzukic, Robben, Ribery, Goetze, Muller, Kroos, Alcantara pozwalają na pełną rotację składem, umożliwiają błyskawiczne ataki skrzydłami, kombinacyjną grę w środku pola i olbrzymią wymienność miejsc w ataku pozycyjnym. Pep przychodzi do mistrza Niemiec niemal na gotowe, dostał w ręce zwycięzcę Ligi Mistrzów, mistrza kraju, zdobywcę pucharu Niemiec. Zespół podobnie jak w Barcelonie, z perfekcyjnie zachowanym balansem pomiędzy młodością i doświadczeniem. Jednak potrafiący poszerzyć kataloński wachlarz tysiąca podań, o akcje szybkie, błyskawiczne. Rozgrywane dwoma górami trzema podaniami między odzyskaniem piłki, a zagrożeniem bramce rywala.
Bayernu tworzyć nie trzeba, on już stworzony został przed Hiszpanem, pozostaje jedynie dopieszczenie detali, które Hiszpan tak fantastycznie uwidocznił podczas pracy na Półwyspie Iberyjskim. Bogactwo kadry zapewni stabilność i spokój nawet w wypadku kontuzji czołowych piłkarzy, wiek i żądza sukcesu podopiecznych pozwalają prognozować Bayernowi następnych kilka lat bezwzględnej dominacji w Europie.

Porównywanie Barcelony i Bayernu wydaje się niemal zamachem stanu na hiszpańskie świętości, drugiego Xavi czy Iniesty możemy nie oglądać przez kolejne dekady, piłkarza równego Messiemu nie zobaczymy pewnie nigdy. Siłą Dumy Katalonii była olbrzymia spójność mentalna zespołu. Podstawową jedenastkę zdominowali Hiszpanie i to Hiszpanie wyhodowani w jednym niemal hermetycznym środowisku. Na Camp Nou nikt nigdy nosa nie zadzierał, każdy znał swoje miejsce i nie wynosił do prasy publicznych sporów. W Bayernie tak różowo nie ma, Robben i Ribery to indywidualności dużo większe, piłkarze ceniący własną wartość, niejednokrotnie wcześniej potrafiący pobiec ze swoimi problemami do mediów. Jeśli nie biegli z problemami do prasy to tworzyli je sami dając pożywkę tabloidom chociażby opisującym miłosne podboje Riberiego z nieletnią prostytutką. To jednak w Monachium znaleziono dla nich miejsce w klubie, Robben latami plątał się po murawie na Stamford Bridge, potem tułał się po Santiago Bernabeu z łątką piłkarza wielkiego ale talentu niedoszlifowanego. W Monachium ten diament dojrzał, zrównoważył indywidualne, egoistyczne zapędy z grą zespołową, nauczył się współpracować z resztą partnerów.

Bayern przewagę nad Barceloną ma jeszcze jedną, nowi artyści Guardioli górują nad Katalończykami warunkami fizycznymi. Potrafią bez szaleńczego biegu obrońców w pole karne rywali zdobywać bramki po dośrodkowaniach skrzydłowych. Mogą powalczyć w powietrzu z obrońcami rywali, powiększając wachlarz rozwiązań ofensywnych o warianty dla Katalończyków niedostępne.

Trenerskiego kunsztu Hiszpanowi odmawiać nie spróbuję, przemawiają za nim ustawione w klubowych galeriach trofea, przemawiają wyniki i miliony fanów zapatrzonych w styl gry jego drużyn. Na Camp Nou wziął jednak zespół kompletny, nie tworzył, nie kreował, nie musiał reformować. Wycisnął z Barcelony cały dostępny dla drużyny geniusz, wyeksploatował zespół i odszedł wyczuwając, że syndrom wypalenia zbliża się do hiszpańskich geniuszy. Wykorzystał najlepszy, najkreatywniejszy okres podopiecznych. Wiedział, że po latach tłustych półfinały Ligi Mistrzów staną się klęskami, a nie sukcesami wiedział, że współczesne media cenią tylko zwycięzców więc po latach obfitości z Camp Nou uciekł. Wybrał piłkarskie bezrobocie niż przeciętność i medialną nagonkę, z problemami starzejącej się Barcelony pozostawił dawnego asystenta, a sam odszedł w blasku sławy ustępując w glorii bohatera niezwyciężonego. Prób przebudowy i odmłodzenia zespołu nie podjął, stawiał konsekwentnie na grupę 15-16 piłkarzy licząc na ich nadludzką wydolność.

Sam z transferami nie trafiał, rozrzutnie wydawał katalońskie miliony sprowadzając Hleba, Caceresa, Chygrynskiyego czy Ibrahimovica, by chwilę później oddawać ich za bezcen.

Guardiola z lubością korzysta ze statusu trenera wybitnego, nowego pracodawcę wybierał długo i pieczołowicie, nie interesowały go kluby wielkie lecz przygasłe. Nie podjął się próby odrestaurowania wielkich lecz zmatowionych marek, przystał po raz drugi w karierze na zadanie, piekielnie trudne lecz z zespołem gotowym. Guardiola to trener z wizją i charyzmą osobowością wielką i dla europejskiej piłki już niemal legendarna, a wielka kariera wciąż przed nim. Jednak w jego wielkość kłuje mnie to pasożytowanie na dziełach innych, obejmowanie klubów gotowych, wyselekcjonowanych, budowanych przez kilka lat z myślą o dominacji bezwzględnej. W moim prywatnym rankingu dużo wyżej cenić muszę sukcesy Mourinho, który podjął się dzieła renowacji Chelsea Londyn, odtworzył wielkość Interu i to po stracie największej gwiazdy, przywrócił Realowi przyjemność gry dalej niż w 1/8 finału LM.

Zostaw odpowiedź


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook